Bardzo smaczny, podobno
Ale chyba stanąłby mi kołkiem, a raczej smardzem w gardle, gdybym go miała konsumować, nie dość, że podlega prawnej ochronie, to jeszcze na Czerwonej liście literka R przy nim. Mowa o Morchella esculenta smardzu jadalnym.
Z tego, co mi wiadomo, byłam wielką szczęściarą na skalę Polski znajdując swoje tegoroczne smardze! Nie dość, że znalazłam takie grzybki pierwszy raz w swoim życiu, to jeszcze, że w ogóle je znalazłam w tym roku, gdy aura dla smardzy była wyjątkowo niesprzyjająca. Pierwsze wrażenie ze spotkania było typu: “co to za dziwna, taka duża, szyszka”
To na widok smardzyka, który chyba ze zmartwienia pochylił główkę niemal ku ziemi
Bo właśnie ta duża szyszka okazała się smardzem. Potem był drugi smardz, za chwilę trzeci, doszło do siedmiu. Już po tym pierwszym wykonałam “telefon do przyjaciela” z radości!!!
Potem doniosłam, że mam już trzy smardzyki, a potem skupiłam się na udokumentowaniu stanowiska, wszak w przyszłym roku trzeba będzie sprawdzić czy tam znów coś “smardzuje”
Podczas tego dokumentowania było przezabawnie, bo smardze postanowiły zabawić się ze mną w ciuciubabkę! Co ja się naszukałam, nawypatrywałam, czwartego, gdy odeszłam od niego na chwilę, bo dostrzegłam piątego, straciłam nadzieję na ponowne ujrzenie siódmego, gdy swoje fotogrzybowanie skupiłam na szóstym, gagatki jedne, ale w końcu przechytrzyłam wszystkie i pożegnalne kolejno odlicz od 1 do 7 zostało pomyślnie wykonane
A całość akcji rozgrywała się w cudownej kwietniowej aurze, przy śpiewie ptaków, w śliczną wiosenną niedzielę, gdy kwitły ostatki zawilców, a zakwitały pierwsze szczawiki

kwietniowa aura

Morchella esculenta

Morchella esculenta